Otóż przegapiłam nadejście wiosny. Ocknęłam się na chwilę gdzieś na początku maja, kiedy ZOBACZYŁAM motyla, a zaraz potem zielone trawniki i kwitnące forsycje. Tego motyla zignorowałabym pewnie jak wiele innych rzeczy w tamtym czasie, ale on sam, plącząc się przed oczami przez kilka minut, postarał się i skupił moją uwagę. Najwyraźniej nie tylko moją. Agnieszka, prawem dziecka, wyskoczyła w górę raz i drugi, a Ela…

Wiecie, że niektóre motyle to Anioły?

I dalej szliśmy w milczeniu, razem i nie-razem, pochowani w sobie, aż do bramy, za którą zniknął motyl i coś jeszcze…

Pamięć mnie rozpieszcza wywołując co jakiś czas obraz sprzed tygodni. Nie wiem czy motyle to Anioły, ale lubię wspominać niemal baśniowy klimat tamtej rzeczywistości. Anioł odprowadzał nas i żegnał w imieniu mojej matki. Jej osamotniony Stróż. Wierzę, że tam, za bramą jest takich Aniołów całe mnóstwo. Zanim powrócą skąd przybyły, przywiązanie i tęsknota każą im trwać na ziemi i czekać aż wypełni się pustka i ustanie smutek. Siedzą w konarach drzew, na ławeczkach, rozprawiają o przemijaniu i nadziei. A owiane są tajemnicą, której nie należy próbować zrozumieć. Po prostu są. Piękne i pociągające. I nie dają o sobie zapomnieć.

Wątków anielskich było w moim życiu kilka. Chcecie o nich posłuchać?

RZECZ
O ANIOŁACH